Zobacz gdzie zimują bociany

Bez zasięgu i bez wytchnienia. Wyprawa Bociana dla GoForWorld. Część 1.

18/02/2020

W drugiej dekadzie listopada Bocian zorganizował wyprawę dla GoForWorld, pod przewodnictwem Jarosława Kuźniara, po Namibii. W wyprawie wzięło udział 12 turystów i trzech naszych przewodników. Celem wyprawy, jak zawsze w tego typu wyprawach, było przybliżenie i pokazanie różnych miejsc – i tych popularnych, jak również i tych poza szlakiem. Namibia to przede wszystkim przykuwające uwagę zadziwiające – i wydawać by się mogło, pomimo nudnej pustyni – niezwykle kolorowe przestrzenie, które wywołują poczucie wolności w podróżowaniu. Różnorodność etniczna mieszkańców Namibii tworzy bogatą mieszaninę kulturową. W końcu, w Namibii żyją przedstawiciele niemal wszystkich, najbardziej kojarzonych z Afryką, gatunków zwierząt.

Naszą pętlę po Namibii rozpoczynamy od razu pierwszego dnia, gdyż 12 dni, które mamy do dyspozycji, to niewiele aby poznać ten ogromny, bo ponad dwuipółkrotnie większy od Polski, kraj w południowej części Afryki. Wyruszamy na południe w kierunku Lapa Lange Lodge, które jest ostoją zieleni na skraju pustyni Kalahari. W środku na terenie schroniska znajduje się dosyć spory zbiornik wodny, do którego w nocy przychodzą zwierzęta. Zbiornik nie jest zasilany żadnym ciekiem wodnym. Woda jest pompowana z warstw wodonośnych, które obficie występują w Namibii. Jednakże, przy obecnych zmianach klimatycznych, co widoczne jest zwłaszcza przy coraz mniejszych opadach deszczu, użytkowanie w ten sposób ogromnych ilości wody jest dyskusyjne. Przy dalszym postępowaniu negatywnych zmian klimatycznych, można niemal być pewnym, że przyszłe pokolenia zapłacą za tę rozrzutność.

Wieczorem nad zbiornikiem wodnym zapominamy o etycznych rozterkach gdy odwiedzają nas zwierzęta, które przychodzą ugasić pragnienie. Po drugiej stronie stawu widzimy kolejno przychodzące nosorożce, żyrafy, zebry i elandy jedne z największych antylop. Te ostatnie bynajmniej nie przyszły napić się wody, lecz poskubać trawy z okazałego trawnika otoczonego domkami letniskowymi.

Następnego dnia o świcie, około 6 rano, wyruszamy na tzw. game drive. Będziemy jeździć z przewodnikiem samochodem po terenie farmy w poszukiwaniu zwierząt. Sądząc po nastrojach grupy można sądzić, że aklimatyzacja przebiegła pomyślnie. Już na samym początku dostrzegamy główną atrakcję tego miejsca – parę nosorożców białych. Następnie głównych aktorów wczorajszego przedstawienia, czyli elandy oraz żyrafy, zebry i liczące około dziesięciu sztuk stado koba. Po powrocie wyruszamy w kierunku pustyni Namib, do Sesriem.

Wyruszamy w kierunku zachodnim, cały czas napawamy się wspaniałymi krajobrazami przed nami. Przemieszczamy się przez przesmyk Tsaris w górach o tej samej nazwie. Droga wije się w dół, pomiędzy porozcinanymi zboczami gór stołowych. Gdy się przyjrzymy, że ich stoliwa, czyli powierzchnie szczytowe, w zasadzie znajdują się na tym samym poziomie. To dawne powierzchnie zrównań, które nieustannie od setek milionów są poddane erozji. Góry Tsaris zostały uformowane około 600 mln lat temu erze neoproteozoicznej kiedy na Ziemi życie wciąż rozwijało się w wodzie. Organizmy żywe stanowiły przede wszystkim wielokomórkowe glony.

Po pokonaniu przesmyku powoli zmienia się krajobraz, pojawiają się pierwsze wydmy. Zbliżamy się do pustyni Namib, która często nazywana jest najstarszą pustynią świata. Jej wiek jest przedmiotem sporów wśród naukowców, lecz dla nas Namib, to przede wszystkim miejsce surowego piękna. Imponujące masywy górskie powoli ustępują miejsca pustynnym równinom i rozległemu morzu piasku. Nad aurą nieskończoności towarzyszącej niezwykłej scenerii Namib, rozgrywa się swoista gra pomiędzy światłem i cieniem. W ciągu dnia, w zależności od wysokości słońca nad horyzontem, zmieniające się natężenie światła całkowicie zmieniają teksturę i barwę pustyni.

Do Sesriem przyjeżdżamy popołudniu. Jest na tyle wcześnie, że możemy przekroczyć bramę wjazdową do parku Namib-Naukluft i pojechać do Sossusvlei. Na powrót mamy czas do zachodu słońca. Wielu odwiedzających Namibię turystów twierdzi, że żadna część pustyni jest bardziej widowiskowa niż Sossusvlei ze swoimi monumentalnymi wydmami. Wydmy w tej okolicy są jednymi z najwyższych wydm gwiaździstych na świecie. Ich wysokość przekracza 300m od podstawy. Naszym głównym celem jest Deadvlei (afrik. martwa dolina). Po drodze mijamy słynną Dune 45, nie zatrzymujemy się przy niej. Zrobimy to w drodze powrotnej lub jutro rano. Niezwykłe miejsce, jakim jest Martwa dolina, to strzeliste wydmy o barwie jasno pomarańczowej otaczające, która wyraziście kontrastuje z oślepiająco białą powierzchnią skamieniałej gliny płaskiej jak stół niecki. Całość tego surrealistycznego obrazu dopełniają kikuty suchych drzew. Drzewa z gatunków akacji są pozostałością po dawnym lesie, który przed setkami lat wysechł z powodu odcięcia dostępu do wody przez nieustannie przesuwające się wydmy. Wiek drzew oszacowano metodą połowicznego rozpadu pierwiastków węgla radioaktywnego i wynosi on od 500 do 600 lat. Ekstremalnie suchy klimat doskonale zakonserwował pnie drzew. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację i podziwianie tego oszałamiającego obrazu. Musimy wracać do Sesriem, aby zdążyć przed zamknięciem bramy. W przeciwnym wypadku czeka nas kara finansowa.

Wieczorem na kampingu w Sesriem rozstawiamy namioty na dachach samochodów i rozpoczynamy przygotowania do braai, czyli tutejszego grilla. Jednak braai nie powinien być mylony z grillem, ponieważ to coś więcej niż samo grillowanie mięsa na świeżym powietrzu. Braai to sposób spędzania wolnego czasu głęboko zakorzeniony, kiedyś przez białych a teraz, wśród przedstawicieli wszystkich grup etnicznych w krajach południowej Afryki. Noc spędzamy przy hipnotyzującym dźwięku cykad, bez łączności ze światem i nad nami rozgwieżdżone niebo południowej półkuli.

Następnego dnia w godzinach przedpołudniowych znowu przekraczamy granicę parku Namib-Naukluft. Naszym celem jest Dune 45, którą poprzedniego dnia musieliśmy ominąć z powodu zapadającego zmierzchu. Słynna 45-tka często jest fotografowana przez turystów, którzy również wspinają się na nią, w poszukiwaniu splendoru wydm pustyni Namib. Ten imponujących rozmiarów „czerwony potwór” jest wydmą gwiaździstą. Powstają one tylko w obszarach pustynnych, gdy piasek jest nawiewany ze wszystkich stron. Doprowadza to do wzrostu wysokości, lecz uniemożliwia wędrówkę.

Wspinamy się na 45-tkę, na zegarku jeszcze nie ma godz. 10, a piasek już parzy w stopy, tych co nie ubrali pełnych butów. Na szczycie w pełni można odczuć ten bezmiar pustyni. Gorące powietrze bucha w twarz, czujemy się jak w saunie. Aż po horyzont widać morze piasku leżące na płaskim i wypalonych od promieni słonecznych kamienistych równinach. Co zaskakujące na tym niegościnnym terenie rosną drzewa. Z pewnością potrzebną do życia wodę czerpią z warstw podziemnych, ponieważ Sossusvlei to jedno z najsuchszych miejsc w Namibii.

W Sesriem zanim wyruszymy w kierunku Walvis Bay jeszcze oglądamy pobliski Kanion Sesriem. Choć wydaje się, że określenie kanion w tym przypadku jest na wyrost, z powodu jego niewielkich rozmiarów, to i tak robi imponujące wrażenie.  Gdy tutaj przyjeżdżamy to akurat po przeciwnej stronie przechadza się dość spore stado pawianów. Kanion to w zasadzie wąwóz o głębokości do 30m wyrzeźbiony przez wody rzeki Tsauchab na długości około jednego kilometra.

Następny postój w Solitaire, to w rzeczywistości stacja benzynowa i sklep. Jednak Solitaire zawdzięcza sławę dzięki szarlotce Percy Cross McGregor’a zwanego Moose (łoś), Szkota który na początku lat 90. zamieszkał w Solitaire i założył piekarnię. Sława Moose’a i jego szarlotki spowodowała, że każdy podróżujący na południe Namibii obowiązkowo zatrzymywał się w Solitaire, nie tylko po to by zatankować samochód, lecz również na słodki poczęstunek. Powszechnie znany jest fakt, że w Solitaire zatrzymywali się nawet ludzie, którzy mieli pełne zbiorniki paliwa. My również się zatrzymaliśmy i nie mieliśmy pełnych zbiorników, a mimo tego nie zatankowaliśmy. Nie wiem czy to smak szarlotki spowodował, że straciliśmy rozsądek. Brak paliwa, tak samo jak i wody na pustyni może być bardzo kosztowny. Lecz zanim nas dopadło to uczucie niepewności, to cieszyliśmy się podróżą. Minęliśmy przesmyki rzek Gaub i Kuiseb. Zwłaszcza przejazd przez ten ostatni jest bardzo spektakularny.

Gdy już powoli myśleliśmy o perspektywie kolacji w Swakopmundzie, to gruchnęła wieść, że w Jarka samochodzie zaświeciła się lampka sygnalizująca jazdę na rezerwie. Na wyświetlaczu pokazuje się informacja, że pozostało w baku paliwa na około 35 km, podczas gdy do Walvis Bay z pewnością jest około 100 km. Pojawia się niepewność. Gregory daleko z przodu poza zasięgiem odbiorników radiowych w samochodzie. Sacky próbuje z nim się skontaktować przez telefon, ale co wcale nas nie dziwi, nie ma zasięgu. Ograniczamy prędkość do minimum i jedziemy dalej, aż złapiemy zasięg. Przekraczamy wspomniany zasięg 35 km i jedziemy dalej. Sackiemu, w końcu udało się skontaktować z Gregorym, tak że prędzej czy później pomoc nadejdzie. Słońce już zaszło i zapadają ciemności gdy wydaje się, że dopisało nam szczęście i pomimo naszego wolnego tempa doganiamy cysternę paliwa. Niestety cysterna jedzie pusta. Przejechaliśmy już co najmniej drugie tyle powyżej limitu, gdy pojawił Gregory z paliwem. Już widać światła Walvis Bay, gdy w moim samochodzie włącza się sygnalizator paliwa. Na szczęście już jesteśmy blisko.