Zobacz gdzie zimują bociany

BEZ ZASIĘGU I BEZ WYTCHNIENIA. WYPRAWA BOCIANA DLA GOFORWORLD. CZĘŚĆ 2.

05/04/2020

Po wczorajszej przygodzie z brakiem paliwa dzisiejszy dzień nie zapowiadał takiej dawki emocji, jaką otrzymaliśmy. W programie był przewidziany rejs łodzią motorową po wodach laguny i po powrocie jazda samochodami terenowymi po wydmach do Sandwich Harbour. Obie imprezy były zorganizowane przez lokalnego operatora turystycznego Mola Mola.

Pierwsza to rejs katamaranem po wodach wokół półwyspu zwanego Pelican Point, który osłania lagunę Walvis Bay przed wodami Oceanu Atlantyckiego. Wypływamy rankiem, pogoda jaka nam towarzyszy całkowicie różni się od tej jakiej doświadczyliśmy wczoraj. Niebo jest całkowicie zachmurzone. Czuć dużą wilgotność powietrza. Na kartce papieru pozostawionej na powietrzu natychmiast widać drobne cząsteczki wody. Temperatura wynosi nieco powyżej 10˚C, co przy wiejącym wietrze sprawia, że jest odczuwalne zimno. Niektórzy z uczestników wyprawy nie dowierzali, gdy ich ostrzegaliśmy na śniadaniu aby ciepło się ubrali.

Widok ze strony oceanu na tworzący się pas chmur, który niemal każdego poranka spowija wybrzeże Namibii. fot. Jerzy MazgajZa taki stan pogody odpowiedzialny jest płynący znad Antarktydy, wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki południowej, zimny prąd Benguelski. Prąd ten ochładza i wysusza wybrzeża Namibii, gdzie niezwykle rzadko występują opadu deszczu, pomimo faktu, że każdego poranka niebo jest kompletnie zachmurzone. Jedynym źródłem wilgoci są mgły. Do kondensacji chmur i mgły dochodzi kiedy ciepłe i wilgotne powietrze napływa znad otwartego oceanu i przecina płynący w kierunku północnym zimny prąd Benguelski.

Na pomoście przy nabrzeżu czekamy na pozwolenie do wejścia na pokład. Oprócz nas czekają również pelikany, lecz  nie będą czekać na pozwolenie. Zostały tutaj zwabione perspektywą łatwego posiłku. Również i one, podobnie jak każde dzikie zwierzę, które pokona lęk przed człowiekiem, stają się oportunistami wykorzystującymi każdą okazję by napełnić żołądek. Parafrazując twierdzenie Milton Friedman, że nie ma darmowych lunchów, również i pelikany będą musiały za nie zapłacić. Lecz cena jaką muszą zapłacić, nie wydaje się nam zbyt wygórowana. Muszą znieść bliską obecność człowieka. Słuchamy opowieści Mike’a Viljoena, naszego przewodnika z Mola Mola, o życiu tych ptaków, który jednocześnie wykorzystuje niezaspokojony apetyt pelikanów do zademonstrowania ich budowy ciała. Czujemy się trochę jak w cyrku. Wydaje się, że ptaki są tresowane, lecz cały ten misterny pokaz odbywa się na ich warunkach. Kiedy w pojemniku nie ma już ryb pelikany odlatują. Zostaje tylko kilka młodych, które – ku naszej uciesze – jakby  z niedowierzaniem same próbują otworzyć pojemnik. W swoich wysiłkach są wręcz nachalne, dlatego Mike podejmuje decyzję o ich usunięciu z łodzi. Oczywiście robi to w subtelny sposób, bez szkody dla ptaków. Kończy się na wymachiwaniu ramionami, co wystarczy do ich przepędzenia. Kierujemy się w stronę farmy ostryg.

Zbliżamy się do łodzi z rybakami, którzy codziennie, każdego poranka, podnoszą klatki z ostrygami aby je oczyścić. Ostrygi są bardzo wyczulone na wszelkie zanieczyszczenia, są również doskonały miernikiem czystości wód. Jak się dowiadujemy od Mike’a hodowla ostryg to bardzo dochodowy przemysł. Głównymi odbiorcami ostryg hodowanych w Namibii są Belgia, Francja i Wielka Brytania. Osobiście możemy się przekonać jak ciężka to praca – zimna woda i chłodny wiatr.

Dalej płyniemy w kierunku Pelican Point, gdzie oprócz latarni morskiej znajduje się luksusowe schronisko, a na brzegu kolonia kotików karłowatych. Gdy pierwszy raz byłem w Namibii w 2004 roku, w tym miejscu były tylko opuszczone i zaniedbane budynki latarni, a na brzegu nie było żadnych fok. Pelican Point przywołuje również inne wspomnienia, które dotyczą naszej (mojej i Jerzego, podczas mojego pierwszego pobytu w Namibii) kosztownej wycieczki na ten półwysep, kiedy to został obnażony nasz brak doświadczenia. Ale to jest temat na inną okazję. Zbliżamy się do brzegu, lecz nie wzbudzamy zainteresowania wśród zwierząt, może gdyby Mike nie pozwolił zjeść wszystkich ryb pelikanom… Odbijamy, wypływamy na otwarty ocean, gdzie zawrócimy i skieruje się z powrotem do Walvis Bay. Wszyscy wypatrują większej zwierzyny. Niektórzy z nas dostrzegają, jak utrzymują delfiny, trwają spory, ponieważ inni twierdzą, że to foki wyskakujące z wody. Po jakimś czasie znowu pojawiają się spory, a to z powodu pozornego popłochu na brzegu wśród fok, przyczyną mają być szakale polujące na foki. Autorów tych twierdzeń nie przekonują argumenty, że szakal jest tak mały, że jest w stanie tylko upolować pozostawione bez opieki szczenię foki i że dużą część jego diety stanowi padlina. Jedno jest pewno, każdy widzi to, co chce zobaczyć.

Jeden z ostatnich pelikanów, który pozostał na pokładzie katamaranu. W tle miejsce do cumowania przy Pelican Point. fot. Krzysztof GlegołaW drodze powrotnej niespodzianka, poczęstunek od Mola Mola. Na stole w kabinie są wystawione świeże ostrygi oraz inne owoce morza. Wśród tych wiktuałów brakuje tylko „owianych złą sławą” ośmiorniczek. Do wyostrzenia apetytu podano południowoafrykańskie wino musujące. Na deser zaserwowano nam pyszną belgijską czekoladę. Po tym posiłku od razu zrobiło nam się cieplej. Zresztą widać jak chmury ustępują i gdzie nie gdzie przebija się błękit nieba. Dobijamy do portu, samochody już na nas czekają.

Wsiadamy do samochodów z napędem na cztery koła znanych tutaj jako bakkie, by za chwilę wyruszyć w kierunku Sandwich Harbour. Ta laguna o dość osobliwej nazwie jest ostoją ptactwa wodnego i miejscem rozrodu wielu gatunków ryb, ale nie zawsze tak było. W przeszłości to miejsce było zatoką, gdzie znajdowały się zabudowania portowe, w których przetwarzano ryby, tłuszcz wielorybi i foczy, oraz zbierano guano. Najbardziej nieprawdopodobny wydaje się fakt, że w tym miejscu również mieściła się rzeźnia, w której dokonywano uboju krów.

Okolice Sandwich Harbour, miejsce gdzie pustynia spotyka się z oceanem. fot. Andrzej RakowskiJednak natura zwyciężyła i w wyniku przemieszczanego przez prądy, fale i wiatry piasku powstała bariera piaszczysta, która oddzieliła zatokę od morza i w ten sposób powstała laguna. Ponadto laguna jest zasilana wodą słodką z warstwy wodonośnej. Wszystkie te czynniki spowodowały, że laguna stała się tętniącym życiem miejscem w tym kruchym ekosystemie. Laguna w Sandwich Harbour, podobnie jak i ta w Walvis Bay, jest obszarem chronionym wpisanym na listę konwencji ramsarskiej, której celem jest ochrona obszarów wodno-błotnych mających znaczenie międzynarodowe.

Wyjeżdżamy z Walvis Bay, zatrzymujemy się już za ostatnimi zabudowaniami miejskimi. Nasi kierowcy spuszczają powietrze z opon, czyli robią to czego z Jerzym nie zrobiliśmy, gdy wyruszaliśmy na Pelican Point w 2004r. Jazda po luźnym piasku z mniejszym ciśnieniem w oponach to absolutny elementarz dla kierowców jeżdżących po bezdrożach. Na szczęście teraz jesteśmy pod opieką kierowców o wysokich umiejętnościach, którzy nie tylko wiedzą ile ciśnienia powinno być w oponach, ale również potrafią bardzo efektownie jeździć po wydmach, o czym niebawem przekonamy się.

Zatrzymujemy się na chwilę w bezpośrednim sąsiedztwie dużych lecz płytkich zbiorników wodnych. Na pierwszy rzut oka wyglądem przypominają one nieco rozsławione w naszym kraju stawy milickie, lecz z pewnością nie pływają w nich karpie. Znajdująca się w nich ciecz jest barwy różowej i jest de facto solanką przeznaczoną nie do hodowli ryb lecz produkcji soli. Za barwę różową odpowiada duża koncentracja planktonu. Im jest ona większa, tym intensywniejszy jest to róż. Sól jest pozyskiwana w procesie odparowywania wody. Przed wiekami mówiono o soli, że jest cenniejsza od złota, wydaje się, że od tamtego to powiedzenie uległo znacznej dewaluacji, lecz jak widać po skali tej saliny, sól może być niezłym źródłem dochodu. Kończymy postój i wsiadamy do samochodów.

fot. Krzysztof Glegoła

Na początku jedziemy wzdłuż brzegu oceanu, nasz samochód jest na czele kolumny. Co jakiś czas Patrick Jackson, nasz kierowca musi używać klaksonu aby ostrzec śpiące foki, które natychmiast po wybudzeniu zrywają się w stronę wody. Nikt nie lubi być gwałtownie wybudzany. Dostrzegamy również żerującego na martwej foce szakala, który natychmiast po naszym zatrzymaniu się odchodzi na bok. Nie wiem czy nasza obecność go deprymuje, w końcu to nie jest przyjemne być obserwowanym przez gapiów w trakcie posilania się. Czy może swoim odwrotem chce nam pokazać, że to nie on jest sprawcą śmierci foki. Zostawiamy go w spokoju i ruszamy dalej. Brzeg staje się wyraźnie węższy, a to za sprawą wznoszących się – coraz wyżej – strzelistych wydm. W pewnym momencie okazuje się, że fale sięgają aż do podstawy wydm i staje się jasne, że tędy nie przejedziemy. Musimy zawrócić i teraz jedziemy na końcu kolumny. Wjeżdżamy na wydmy. Nie wiem jakie emocje nas ominęły z powodu wysokiego stanu oceanu, ale te, które otrzymaliśmy w zamian dostarczyły nam sporej dawki adrenaliny. Samochody z dużą prędkością suną po rozległym polu wydmowym. Na początku różnica wzniesień nie jest duża. Jednak, gdy one następują natychmiast reaguje na to nasz organizm, który najwyraźniej nie nadąża z przystosowaniem się do zmian. Raz za razem, z dużą prędkością, to wznosimy się to opadamy naszym bakkie, a wraz za nim nasze trzewia. Wydajemy z siebie okrzyki ekscytacji.

W pewnym momencie, wydawać by się mogło na dość łatwym odcinku, jeden z samochodów grzęźnie w piasku. Natychmiast kierowcy z pozostałych bakkie wysiadają i pomagają wydostać się uwięzionemu, również i niektórzy z nas przyłączają się do pomocy. Widać jak zgranym są zespołem. Jednak po przejechaniu kilkuset metrów sytuacja się powtarza. Najwyraźniej dzień dzisiejszy nie należy do udanych dla Mashaby, który siedzi za kierownicą pechowego samochodu. Znajdujemy się niedaleko punktu widokowego, dlatego Rene, Patrick i Conrad decydują się zostawić przy punkcie widokowym i wracają wyciągnąć samochód Mashaby.

fot. Krzysztof Glegoła

Punkt widokowy znajduje się na skraju wydmy, jednej z wielu znajdujących się całym łańcuchu, znajdującej się tuż nad brzegiem oceanu. Wysokość wydm liczy grubo ponad 200m wysokości i bardzo stromo opada w stronę oceanu. Na własne oczy możemy się przekonać jak wygląda miejsce, w którym pustynia „spotyka” się z oceanem. Nad nami bezchmurne niebo, o czym zdaje się już dawno zapomnieliśmy, widzimy lecący klucz pelikanów. Od oceanu wieje silna bryza dlatego też nie odczuwamy intensywności promieni słonecznych.

Przed powrotem jeszcze robimy postój na lunch, na którym znowu jest wino musujące, ostrygi i inne owoce morza, nadal nie ma ośmiorniczek. Po lunchu podjechaliśmy na skraj jednej z wydm oddać się przyjemności skakania w dół wydmy, do czego czynnie zachęcali nas Rene i Patrick. Kilkoro z nas dało się namówić, dzięki czemu choć przez chwilę, mogliśmy sobie przypomnieć czasy beztroskiego dzieciństwa. Po skokach Conrad zademonstrował nam pokaz magii, jak to określił, związany z piaskiem. Wyjął z kieszeni kawałek magnezu, którym przesunął po piasku. Momentalnie do jego powierzchni zostało przyciągnięte, przez niewidzialne siły, całe mnóstwo opiłków żelaza, które znajdują się w namibijskich piaskach. Im więcej żelaza w piasku, tym bardziej intensywna jest jego barwa. Następnie Conrad ściera opiłki z magnesu na dłoń, a od dołu dłoni przesuwa magnesem, to w lewo to w prawo, kręci kółka. Opiłki posłusznie przesuwają się za magnesem. Zanim komuś zakiełkowała myśl w głowie, że można by zbierać opiłki do wytopu stali Conrad od razu tłumaczy, że żelazo zawarte w piasku nie nadaje się do produkcji stali, gdyż jest ono za bardzo skorodowane.

fot. Krzysztof Glegoła

Niestety czas wracać do Walvis Bay. Jeśli ktoś z nas myślał, że powrót to będzie nudna przejażdżka, to się mylił. Na koniec Patrick poprowadził kolumnę przez miejsce zwane sounding dunes. Podjechaliśmy samochodem nad skraj ogromnej wydmy, której stok był niemal pionowo nachylony. Już na samą myśl, że zjedziemy po tym stoku podnosiła nam się adrenalina. Patrick zwolnił sprzęgło i nasz bakkie bardzo powoli zaczął się staczać w dół. Pod wpływem ciężaru samochodu spod kół samochodu zaczął dochodzić do nas dźwięk, który mógł trochę przypominać cielenie się lodowców. Gdy zbliżaliśmy się do podstawy wydmy, przed nami ukazywała się następna ściana i już zaczynaliśmy się zastanawiać w jaki sposób ją pokonamy przy tej prędkości. Wtedy Patrick włączył bieg i gwałtownie przyśpieszył. Do naszych uszu zaczęły dochodzić dźwięki silnika pracującego na wysokich obrotach. Samochód niemal pionowo wspinał się na wierzchołek wydmy. Powtórzyliśmy to jeszcze kilka razy zanim skierowaliśmy się w kierunku Walvis Bay. Gdy opuściliśmy wysokie wydmy wielu z nas, podobnie jak to zwykle jest z kilkulatkami, usnęło z nadmiaru emocji. Ten dzień pełen wrażeń zakończyliśmy na kolacji w restauracji – z widokiem na lagunę – serwującej owoce morza, gdzie towarzyszyła nam Helmi, żona Jerzego, która na własne oczy chciała się przekonać jak wyglądają nastroje naszej grupy.

Okolice Sandwich Harbour. fot. Krzysztof Glegoła

Następnego poranka uczestnicy wyprawy, z pewnością zastanawiali się jakie emocje przyniesie im nowy dzień. Program dnia przewidywał najpierw wizytę na kolonii fok na przylądku Cross, następnie mieliśmy opuścić strefę nadmorską i skierować się do miejsca o dziwnie brzmiącej nazwie Spitzkoppe. O ile perspektywa wizyty na kolonii fok mogła nie zrobić na nikim zbyt wielkiego wrażenia, wszak poprzedniego dnia widzieli foki na Pelican Point, o tyle kompletnie nie wiedzieli czego się spodziewać po tym dziwnie brzmiącym miejscu. Niby z niemiecka, ale nie do końca. W istocie słowo spitzkoppe jest wypowiedziane w języku afrikaans i oznacza „zaostrzone wzgórze”.

Rankiem, przed wyjazdem ze Swakopmundu, przywitał nas już znany nam obrazek zachmurzonego nieba. Wyruszamy w kierunku Henties Bay, przez miejscowych jest nazywane afrykanerską riwierą. W czym wyrażana jest przesada, przewrotność, a być może i tęsknota, gdyż panującym tutaj warunkom klimatycznym daleko to tych z basenu Morza Śródziemnego, lecz w miesiącach letnich jest to popularne miejsce letniskowe Namibijczyków, którzy szukają ochłody od upałów panujących we wnętrzu kraju. Poruszamy się po drodze solnej, która jest zbudowana z mieszaniny soli, gipsu, piasku oraz żwiru. Jej nawierzchnia wyglądem przypomina nawierzchnię dróg asfaltowych, lecz z powodu występującego – zwłaszcza w godzinach porannych – zachmurzenia bądź zamglenia ograniczenie prędkości na takich drogach wynosi 80km/h.

Zeila, wrak angolańskiego trawlera, osadzony na brzegu w okolicach Henties Bay. fot. Andrzej Rakowski

Kilkanaście kilometrów przed Henties Bay widzimy na brzegu wrak statku, który przypomina nam, że znajdujemy się na cieszącym się złą sławą Wybrzeżu Szkieletowym. To wrak angolańskiego trawlera Zeila, który 25 stycznia 2008 na zawsze został uwięziony na brzegu. Zeila jest jednym z około 500 wraków – od liczących kilkaset lat portugalskich drewnianych galeonów do współczesnych naszpikowanych elektroniką statków – rozproszonych na wybrzeżu o długości 1200km. Niektóre z nich są rzucone kilkaset metrów od brzegu.

Zatrzymujemy się przy wraku. Natychmiast pojawiają się sprzedawcy minerałów. Namibia jest rajem dla kolekcjonerów minerałów, gdzie znajduje się mnóstwo straganów z kamieniami, na których za niewielkie pieniądze można kupić rzadki okaz. Wprawdzie nie jestem kolekcjonerem ale uległem czarowi tych kamieni i postanowiłem kupić kilka okazów.

Omijamy Henties Bay i jedziemy bezpośrednio na Cape Cross. Przy okazji muszę podzielić się jedną myślą dotyczącą moich podróży po Namibii. Bez względu na to, jak wolne byłoby tempo jazdy, to zawsze mam poczucie niedosytu i wrażenie pośpiechu, i nie ważne czy dotyczy to miejsca, w którym byłem już wielokrotnie, czy może takiego, które odwiedzam po raz pierwszy. Po każdej wyprawie, mówię sobie, że następnym razem gdzieś zostanę dłużej, ale odległości i warunki powodują, że trzeba zawierać kompromisy i niestety za każdym razem jest tak samo.

Gdy zbliżamy się do przylądka Cross od razu rzuca się nam w oczy jak niegościnny jest to obszar. Po jednej stronie drogi płaska równina, natomiast po drugiej wzgórza, które swoim  kształtem przypominają wydmy. Wszystko jest usłane dywanem kamieni o rdzawym i brunatnym zabarwieniu. Dookoła nie widać żadnego śladu roślinności. Całość prezentuje się bardzo  ponuro.

Przylądek Cross oprócz walorów przyrodniczych przedstawia również znaczenie historyczne. W 1486 roku słynny portugalski żeglarz i podróżnik Diogo Câo postawił w tym miejscu padrâo, czyli kamienny filar zwieńczony krzyżem. Stawiając padrâo Portugalczyk chciał upamiętnić swój wyczyn, czyli osiągnięcie najdalej położonego punktu na południe przez portugalskiego żeglarza, oraz w ten sposób uhonorować portugalskiego króla Joâo II i być może zgłosić pretensje swoje kraju do tego terytorium.

Punkt obserwacyjny dla odwiedzających Cape Cross zaanektowany przez kotiki. fot. Andrzej Rakowski

Wracając do kolonii, gdy się do niej zbliżamy to dwie rzeczy od razu dostrzegamy. Pierwszą jest unoszący się w powietrzu nieprzyjemny zapach. Drugą są nawoływania młodych fok, które czekają na swoje matki.

Zamieszkujące kolonię foki są przedstawicielami gatunku kotików karłowatych (Arctocephalus pusillus pusillus). Ich liczebność na południowym wybrzeżu Afryki szacuje się na około 1,7mln osobników, z czego ponad połowa żyje na wybrzeżach Namibii. Cape Cross jest miejscem, gdzie najliczniej występuje populacja kotików. Biolodzy oceniają, że w okresie godowym, przypadającym na listopad i grudzień, może tam znajdować się jednocześnie ponad 200 tys. osobników.

Na Cape Cross jestem po raz drugi w tym roku, pierwszy przypadł dokładnie w dniu Nowego Roku. Lecz po raz pierwszy, w ogóle, jestem tutaj w okresie godowym i nie tego oczekiwałem. Kotików jest znacznie mniej niż za ostatnim razem kiedy tu byłem. Co jest istotne w ogóle nie widać samców, które od razu wyróżniają się wielkością. Samce mogą osiągnąć wagę do 370kg i długość ciała do 2,3m, co przy rozmiarach samic (120kg wagi i długości około 1,3m) znacznie je wyróżnia. Nie wiem czym jest spowodowany brak samców i czy to jest jakaś anomalia spowodowana zmianami klimatycznymi, które z pewnością mają lub będą miały wpływ na życie tych ssaków. Czy być może jest to sytuacja powtarzająca się cyklicznie.

fot. Krzysztof Glegoła

Dietę dorosłych kotików stanowią głównie ryby, co przy rocznym ich spożyciu, przez dorosłego osobnika, wynoszącym 270 kg sprawia, że kotiki stają się głównym konkurentem dla innego drapieżnika znajdującego się na szczycie łańcucha pokarmowego – człowieka. Drapieżnika, który nie toleruje konkurencji, i który podjął odpowiednie działania aby, o ile nie całkowicie wyeliminować, to znacznie ograniczyć możliwości „połowu” jego głównego konkurenta. Władze Namibii utrzymują, że tak duża liczebność fok może zaszkodzić rybołówstwu. Dlatego rokrocznie prowadzi się odłów/odstrzał fok. Ustalono roczną kwotę osobników przeznaczonych do eliminacji na 80 tys. młodych i 6 tys. dorosłych samców (dane z 2016 r.). Decyzja ta wywołała wiele protestów nie tylko wśród organizacji zajmujących się ochroną przyrody, ale i zwykłych ludzi. Szczególne oburzenie wywołuje fakt, że zabija się młode w wieku około 7 miesięcy, które wciąż są karmione mlekiem matki. Młode są oddzielane od matek, następnie spędzane w grupy i kolejno jedno po drugim jest zabijane uderzeniem drewnianej pałki w głowę, jak można się domyślać – aby nie uszkodzić cennej skóry. Troska o rodzime zasoby rybne wydaje się wymówką, a fakty wskazują, że główną motywacją jest chciwość. Bo jak inaczej uzasadnić fakt, że zabija się głównie młode foki, które w tym czasie nie jedzą ryb, a ich skóry są najdelikatniejsze. Samice w normalnych warunkach tzn. gdy nie stracą potomstwa zachodzą w ciążę co dwa lata, utrata potomstwa sprawia, że samica zachodzi w ciążę każdego sezonu. Sezon polowań przypada od 1 lipca i trwa do 15 listopada. Dzisiaj jest 14 listopada, czyli jesteśmy na sam koniec sezonu. Lecz trudno o jakieś ślady. Rzeź rozpoczyna się o świcie, zanim przybędą pierwsi turyści. Gdy park jest otwierany o godz. 10 wszystko jest już uprzątnięte – ciała załadowane na samochód, krew na piasku zagrabiona.

Kilkumiesięczne szczenię kotika afrykańskiego (Arctocephalus pusillus). fot. Krzysztof Glegoła

Gdy wpatruję się w młode foki, trudno oprzeć się wrażeniu, że pozostał im jeszcze tylko jeden dzień tego trudnego okresu w ich życiu. Lecz myliłby się ten kto by pomyślał, że to koniec zagrożeń jakie na nie czekają. Gdy podrosną na tyle, że już będą mogły pływać w oceanie, to czeka je walka o przetrwanie wśród polujących na nie orek i rekinów.

Przebywając na kolonii jesteśmy wystawieni na ogromną ilość bodźców. Już na samym początku odczuwalny jest nieprzyjemny zapach, który unosi się z rozkładających się ciał młodych fok. Nikt ich nie zbiera, jest to natura w czystej postaci. Albo ją zaakceptujemy w całości ze wszystkim, albo uciekamy z zasłoniętymi drogami oddechowymi do samochodu, jak czasami ma to miejsce. Gdy jednak ciekawość jest silniejsza od zmysłu powonienia, to nawet się nie zorientujemy kiedy unoszący się odór przestanie nam przeszkadzać. Dla odwiedzających turystów została przygotowana zadaszona budka, coś na kształt naszych przystanków PKS. Jeśli ktoś chce z bliska poobserwować kotiki, to może to zrobić przechodząc po grodzonej kładce, która w całości jest wykonana z tzw. PET-ów – czyli plastikowych butelek, co ciekawe wygląda jakby była wykonana z drewna.

fot. Andrzej Rakowski

Na miejscu okazuje się, że budka została zaanektowana przez dorosłe samice, a foki rozpierzchły się poza kładkę, która jest jedynym miejscem wolnym od kotików. Idąc kładką mamy foki dosłownie na wyciągnięcie ręki. Widzimy młode leżące jedna na drugiej, które jak można się domyślić dogrzewają się w tych surowych warunkach. Wzburzone fale rozbijają się o skalisty brzeg. W oddali widać wyskakujące ponad lustro wody kotiki. Na brzeg wychodzą samice, część z nich już nawołuje młode, które odpowiadają tym samym. W jednym miejscu dostrzegamy młode, chyba dopiero co narodzone, ponieważ tuż za nim ciągnie się łożysko. W naturze nic się nie marnuje zdają się nam o tym przypominać mewy, które śmiało je wyjadają, nie zważając na znajdujące się w niedalekiej odległości kotiki. Mógłbym godzinami stać i obserwować jak rozgrywa się ta walka o przetrwanie, której jestem postronnym obserwatorem, lecz musimy opuścić to miejsce i wyruszyć w kierunku Spitzkoppe.

Wyjechaliśmy z Cape Cross i na początku jedziemy po tej samej drodze solnej. Co kilkadziesiąt metrów mijamy tajemnicze stoiska, na których jest coś wystawione, lecz przy tych straganach nikogo nie widać. Zatrzymujemy się przy jednym z nich. Teraz widzimy, że te wystawione przedmioty, to są bryły soli o różnych fantazyjnych kształtach. Oprócz tego jest tam i puszka, która jak się domyślamy jest tam postawiona do uiszczenia zapłaty za bryłę soli. Jak to działa? Gdy spodoba nam się jakaś bryła to możemy ją zabrać, jednak wtedy jesteśmy zobowiązani do wrzucenia jakąś ilość pieniędzy, wg nas należnej, do przymocowanej do stoiska puszki. Na koniec dnia pojawiają się sprzedawcy, którzy opróżniają puszki i wystawiają kolejne bryły soli. Jest to forma handlu niemego, o której pisał Ryszard Kapuściński w książce „Heban”. Opisywana przez niego wymiana towarowa miała miejsce w XV w. i dotyczyła wymiany soli za złoto. Od tamtego czasu zarówno wartość soli, jak i zaufanie do ludzi uległo znacznej dewaluacji, lecz jak widać jeszcze jakieś jego pokłady pozostały – przynajmniej w Namibii. Dokonujemy zakupów, uiszczamy opłatę i opuszczamy wietrzne wybrzeże udając się w kierunku masywu Spitzkoppe.

Jedno ze stoisk z bryłami soli w okolicach Cape Cross, przykład handlu niemego. fot. Krzysztof Glegoła

Gdy zbliżamy się do Spitzkoppe jego masyw jest już widoczny na horyzoncie z odległości około 20-30 km. Na początku wygląda jak jasno czerwony miraż. Wraz ze zmniejszaniem odległości zmieniają się jego barwy. Zanim jednak dojedziemy do Spitzkoppe, to dostrzegamy czarne i względnie płaskie wzniesienia na tle jasnej równiny. Są to zwietrzałe diabazowe dajki, czyli intruzje (żyły) skał magmowych, które miliony lat temu przecisnęły się przez popękane warstwy skalne. Z bliższej odległości całość wygląda zupełnie inaczej, jakby wzniesienie zostało obsypane wielkimi czarnymi głazami. Miliony lat temu dajka stanowiła jednorodną strukturę, którą zniszczyły nieustające procesy erozyjne.

Spitzkoppe jest granitową intruzją, czyli masą skalną powstałą w wyniku wciskania się magmy w wyższe warstwy skorupy ziemskiej, do której doszło podczas jury, czyli około 130mln lat temu. Jak wspominałem powyżej, Spitzkoppe w języku afrikaans oznacza „zaostrzone wzgórze”, co trafnie oddaje kształt jednego z wierzchołków masywu, którego wysokość wynosi 1728 m.n.p.m., zwanego również Gross Spitzkoppe. W masywie nieopodal głównego wierzchołka znajdują się jeszcze blisko oddalone od siebie kopuły skalne zwane górami Pondok.

Widok na Spitzkoppe, granitowy ostaniec pośród bezkresnej równiny. fot. Krzysztof Glegoła

Na obszarze masywu wraz z przylegającymi terenami utworzono rezerwat, na którym wytyczono miejsca noclegowe. Czeka nas kolejna noc w namiotach na dachu, bez elektryczności, bez zasięgu i w wyjątkowym miejscu. To tutaj Stanley Kubrick kręcił jedną ze scen słynnej Odysei kosmicznej 2001. Gross Spitzkoppe jest bardzo popularnym miejscem wśród amatorów wspinania skałkowego. Na jego wierzchołek wytyczono około 200 różnych tras przeznaczonych dla wspinaczy o różnym stopniu zaawansowania. My nie będziemy wspinać się, lecz podziwiać skały i gwiazdy. Niebo nad Spitzkoppe, jak w większości miejsc w Namibii, jest pozbawione zanieczyszczeń miejskich jakimi są światła i jest idealnym miejscem do obserwacji obiektów na nieboskłonie.

Skały masywu Spitzkoppe w promieniach zachodzącego słońca. fot. Krzysztof Glegoła

Razem z Sackym i Gregorym przygotowujemy biwak. Podczas gdy Jarek z grupą udali się oglądać zachód słońca. Gdy już słońce zaczyna zbliżać się do linii horyzontu, to w Spitzkoppe  rozpoczyna się barwne widowisko, podczas którego widzimy zmieniające się kolory skał – od płowego brązowego, aż do pomarańczowego. Wszystko w różnych odcieniach, których żaden mężczyzna nie jest w stanie nazwać.

Po kolacji wszyscy idą na pobliską skałę obserwować gwiazdy. A jest co obserwować, gdyż niebo nad Namibią wygląda zupełnie inaczej od tego jakie widzimy nad Polską. Po pierwsze dobrze znane nam gwiazdozbiory z północnej półkuli nieba np. Oriona, Lwa, Bliźniąt czy Perseusza; są odwrócone do góry nogami. Po drugie, w Namibii widać takie obszary południowego nieboskłonu, które w naszych szerokościach geograficznych nigdy nie ukazują się nad horyzontem. Z dziesięciu najjaśniejszych gwiazd w pozycji dogodnej do obserwacji znajduje się aż siedem. Szczególną osobliwością są Krzyż Południa – symbol południowej półkuli oraz Obłoki Magellana.

Niestety to wszystko teoria, gdyż po godzinie 22 obserwację zakłóca nam wschodzący Księżyc, który na dodatek jest w pełni. Widoczne są tylko najjaśniejsze gwiazdy. Na dodatek o tej porze roku Krzyż Południa nad Namibią znajduje się w dzień. Cóż, trzeba zadowolić się tym co jest i następnym razem przyjechać do Namibii o innej porze roku i najlepiej podczas nowiu. Staję się obiektem żartów Jarka, gdy leżąc pomiędzy Beatą i Małgosią pokazuję im gwiazdozbiory Łabędzia i Oriona. Klasyczny podryw na gwiazdy, mógłby ktoś powiedzieć.

Księżyc jest już coraz wyżej przysłaniając nam coraz bardziej gwiazdy. My robimy się coraz bardziej zmęczeni, jak również wydaje się, że nikt za bardzo nie ma ochoty na żarty i jak na komendę wszyscy wracają do naszego zmotoryzowanego obozu. Jeszcze toaleta w łazienkach polowych i czas spać. Jutro czeka na kolejny dzień, wierzymy, że nie mniej emocjonujący niż dzisiejszy.

 

Andrzej Rakowski